OŚWIADCZYNY W PANAMIE#2

Pierwszy panamski posiłek

Zameldowanie się w hotelu powinno być drobnostką dla kogoś kto już kilkadziesiąt godzin poświęcił na naukę języka hiszpańskiego. Nic bardziej mylnego. Mój hiszpański nie oczarował pracownicy recepcji. PROBLEM zameldowania się kontynuowaliśmy więc w języku nazwijmy to angielsko-polsko-hiszpańskim. Na każde trudniejsze pytanie dostawaliśmy jeszcze trudniejszą odpowiedź, więc przestaliśmy się pytać. Zaraz po tym bagaże wrzuciliśmy do pokoju i wyruszyliśmy na miasto.

 

Gdy wychodzisz z hotelu w tropikalnym klimacie w twarz uderza cię gorące powietrze. Potykasz się co chwilę o krzywe chodniki. Czujesz DZIWNY zapach. Ciągle słyszysz trąbienie, wszyscy się na nas DZIWNIE patrzą. 

 

Znaleźliśmy restauracje. Słowo restauracja, jak się jednak okazuje nie jest dobre na określenia miejsca w którym się znaleźliśmy. Na podłodze jest tylko kilka kafelek, stoliki są plastikowe i cholernie śmierdzi spalenizną, jednak nie masz wyjścia. Jest zbyt późno, żeby szukać czegoś innego. Będziemy musieli dużo się uśmiechać, pokazywać dolary i pić alkohol.

 

Nad naszymi głowami wisi coś co przypomina kurz, który normalnie zbiera się w naszych domach w kątach, jednak tutaj przybrał wyjątkowo paskudną postać. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak długo trzeba nie sprzątać pomieszczenia, żeby tak je zapaskudzić. Cały sufit pokrywa czarna maź, przypominająca trochę kurz, trochę niezidentyfikowany obiekt latający. Nigdy nie wiesz czy nie odleci i nie przyczepi ci się do talerza. Co mieliśmy zrobić ? Oni mają zupełnie inne spojrzenie na problem. To miejsce przypominało opuszczony BUDYNEK, w którym ktoś postawił stoliki, zamontował lampę i serwuje JEDZENIE. Z telewizora na lodówce lecą jakieś latynoskie rytmy, moja dziewczyna siada przy stoliku a ja podchodzę do baru. 

 

KOBIETA nie przestaje gadać po hiszpańsku. Nic nie ROZUMIEM, więc jak zawsze w takich sytuacjach, mówię wszystko co przyjdzie mi do głowy. Sytuacje opisywane na lekcjach nie były jednak, choćby blisko tej, w której teraz się znalazłem. Z obawy że nigdy nie przestanie do mnie gadać – przechodzę do rzeczy.  Pokazuje palcem na kawałek mięsa za szklaną szybą i takie okrągłe frytki, które okazały się smażonymi bananami. Dużo się uśmiecham wącham i próbuje. Dobre – Dos – DWA – poproszę. Po chwili jedzenie ląduje na naszym stole. Czy chociaż sztućce mogłyby być czyste ? Po co ? Może to my w Europie mamy jakieś zawyżone standardy tego jak powinna wyglądać restauracja. Chyba WIDZIAŁAM szczura – mówi Gosia. Kto by się spodziewał co ? – pytam sarkastycznie i biorę łyka Panama Birra. Gdybym miał teraz wódkę przy sobie, wypiłbym duszkiem całą butelkę – tak na wszelki wypadek – żeby zabić wszystkie zarazki jakie się we mnie za chwilę na gromadzą. 

 

Uspokój się – mówi Gosia – nie może być aż tak źle. Miała rację, nie było aż tak źle. Każdy kęs to nowa, przerażająca chwilą w moim życiu, w której myślę o wódce i odkażaniu ran. Czy to się kiedyś skończy i zacznie się prawdziwy urlop ? Mam wątpliwości. 

 

Pierwszy dzień 

 

Jak nie urok to sraczka. Obudził mnie odgłos klimatyzacji.  Wywlekam się z łóżka i szukam ze zdenerwowania pilota. Jak ją wyłączyłem to zrobiło mi się gorąco. Czy istnieje w życiu złoty środek ? Włączam z powrotem. Zanim się wykąpie wezmę garść tabletek, bo boje się że zachoruje na którąś z nieznanych nam tropikalnych chorób. Płucze zęby wodą z butelki i wskakuje pod prysznic. Teraz leci tylko zimna woda – mówi Gosia. Świetnie – na to właśnie liczyłem kochanie. Wakacje w ciepłych krajach z zimną wodą pod prysznicem. 

 

Idziemy na ŚNIADANIE w restauracji na dachu z widokiem na całe miasto. Oszałamiający widok. Tam pójdziemy – wskazuje palcem na wielki budynek przypominający pochwę. Gosia mnie poprawia – to nie pochwa tylko wielki maszt. Dobra nie będę się kłócił ze skojarzeniami, ale ja widzę otwór, którego w maszcie pędzącym po morzach i oceanach nie może być. 

 

Po śniadaniu pakuje pełen plecak wody, biorę bańki mydlane, kamerę, pieniądze i ruszamy w podróż. Biorę na wszelki wypadek gaz pieprzowy. Pieniądze – tak na wszelki wypadek – chowam w trzech miejscach. Kilkanaście dolarów trzymam pod ręką w portfelu. Drugą partię dolarów trzymam w specjalnej skrytce, która jest w moich krótkich spodenkach a kartę bankomatową chowam w NOTESie oklejonym vlepkami na pierwszej stronie. Jego stracić boję się najbardziej. 

 

Wychodzimy z hotelu. Od razu skręcamy w lewo, mijamy faceta który sprzedaje na ulicy warzywa i napoje i kierujemy się w stronę oceanu. Wzdłuż oceanu jest promenada. Jakie czasy, sweet focie zawładnęły moją dziewczyną. Nie wiem ile ich tam zrobiliśmy. Pięćdziesiąt ? Sto ? Przydał się jednak ten selfiestick co – mówi do mnie. 

 

Niestety nie ma tam plaży. Mało tego jest zakaz kąpieli. Stukam się po raz kolejny w czoło. Czemu tutaj tak śmierdzi fekaliami ? – pyta Gosia. DZIWNE. CZEMU w wodzie jest taka dziwna maź, piana i brzydko z niej pachnie. Nie chcę być wulgarny – ale – What The Fuck – Co to znaczy ? To miejsce – tuż obok drapaczy chmur – wygląda jak – ścieki – mówi Gosia. Nie chciałem tego mówić. To nie może być prawda – patrzę się jak wryty w miejsce tzw. zrzutu – tutaj prawdopodobnie przywożą nieczystości. Na to tak wygląda – mówi Gosia. Nie WIERZĘ w to. Jestem nad oceanem, gorąco jak szlak a ja nie mogę zanurzyć się w słonej wodzie. Po co JA ubierałem kąpielówki ? 

 

Trzymajmy się wyznaczonej ścieżki. Spodziewałem się w końcu przy tych budynkach wodopoju, baru, restauracji, leżaków i całej masy atrakcji ale myliłem się. Nie znajdziesz tam ani jednego lokalu. Trąbi na nas każda przejeżdżająca taksówka. Zabłądziliśmy i wylądowaliśmy na autostradzie. No NIEŹLE. Zamiast nas okraść to nas przejadą. Teraz taksówki już się zatrzymują a nie tylko trąbią. Zdradziłem więc szczegóły dotyczące moich skrytek na pieniądze Gosi. Gdyby mnie przejechali da sobie radę. Głupi jesteś – usłyszałem w zamian. Wróćmy się do tych wysokich budynków i spróbujmy się tym razem nie zgubić. Trudno się jednak nie zgubić. WRACAMY do hotelu. 

 

To nasz PIERWSZY dzień – mówi do mnie zmęczona Gosia – nie wymagaj za dużo. Niestety nie można do tego kraju kupić przewodnika a w Internecie można znaleźć sprzeczne informacje. Uczymy się. Każdy DZIEŃ jest kolejną niespodzianką. Nie dziwie się że nie ma przewodników po tym mieście. Na razie mieliśmy okazję podziwiać tylko chodniki pomiędzy ogromnymi budynkami dla bogatych Amerykanów. Nic więcej. 

Wracamy w stronę hotelu. To jest jedyne racjonalne wyjście z sytuacji w której się znaleźliśmy. 

Musimy uzupełnić zapasy wody, baniek mydlanych i odpocząć chwilę od tego gorąca. Gosia miała rację. 

 

 

Basen na dachu wieżowca

 

Jestem spragniony i zestresowany. Czy to dobra wymówka żeby więcej już nie wychodzić z hotelu ? Zamawiam przy barze na dachu tego wieżowca dwa piwa. Jedno wypijam na raz i szybko zanurzam się w basenie. Po raz pierwszy czuje się jak na urlopie. Bez stresu. Nie czuje fekaliów. Bezpiecznie. Gosia nurkuje mi pod nogami. Nie mogę uwierzyć że tylko my chcemy teraz chłodzić się w basenie. Czuje jak krew buzuje mi żyłach a SŁOŃCE nie przestaje grzać. Właśnie przynieśli nam kolejne drinki, rozdmuchuje bańki mydlane i całuje Gosię. Znam sposób na stres – mówi Gosia. Wydaje się że urlop w końcu się rozpoczął.   

 

Drugie podejście

 

Patrzę się do góry żeby nie widzieć SYFu który jest na ulicach. Znów trąbienie samochodów. Ooo tego się nie spodziewałem – metro okazuje się klimatyzowane. Jest ciszej – może tu zostaniemy – proponuje – chyba żartujesz. Ludzie się na mnie dziwnie patrzą. Udaję że jestem tutejszy, wydaje mi się że ludzie w każdym miejscu na ziemi mają inny wyraz twarzy. Czy mi się wydaje ? 

 

Znów mi się chce pić. Dostaliśmy się na główny dworzec autobusowy w mieście. Podchodzimy do okienka i pytamy po angielsku o targ rybny. Nic z tego. Nikt z nas nie rozumie. W takim razie będziemy musieli pytać na przystanku. 

W Internecie znaleźliśmy co prawda nazwę przystanku na którym ma zatrzymać się autobus i kierunek w jakim jedzie ale ustalenie z jakiego peronu odjeżdża nasz autobus jest prawie niemożliwe. 

 

Widzę ludzi w kamizelkach odblaskowych, więc podchodzę i pytam. Finalo – slyszę – czyli ostatni peron. Dobra. Przyjechał jakiś autobus. Czy to nie przypadkiem nasze Solaris ? Bardzo podobne. Pytam kierowcy, wyuczonym hiszpańskim czy jedzie przez te stacje. Tak odpowiada, więc z uśmiechem wsiadamy. 

 

Po chwili rusza. Jedzie jak szalony. Czy to może jakaś wyścigówka ? Gościu naprawdę przesadza. Nie mogę utrzymać równowagi, pomimo tego że trzymam się poręczy obiema rękami. To bardziej przypomina karuzelę niż autobus miejski. Miejscowi się z nas śmieją. Wydaje mi się w dodatku że jedziemy w druga stronę niż powinniśmy. O co chodzi ? Mówił że wszystko jest ok. 

 

Pytam ludzi czy stacja i autobus się zgadza ale mówią coś w nieznanym nam języku. Nie brzmi to ani SI ani NO więc nie wiem co myśleć. Krzyczę – Anybody speak ENGLISH ? Yes – odpowiada jedna kobieta w afro. Pytam więc grzecznie po raz kolejny o targ rybny. Nic z tego – Musicie wysiąść odpowiada. OK. Właśnie przejechaliśmy trzeci przystanek od kiedy pytałem czy ten autobus jedzie tam gdzie ja potrzebuje. Nie mogłaś mi powiedzieć wcześniej ? Ludzie sami mają wątpliwości gdzie on jedzie. Zaczynają krzyczeć na kierowcę. Dobra wysiadamy pod ślimakiem – autostradą. 

 

Paradoksalnie oddaliliśmy się o dobre kilkanaście kilometrów od miejsca docelowego przez ten AUTOBUS. Bliżej już było od miejsca gdzie mieszkamy. No ale teraz musimy się tam wrócić. Ta KOBIETA w afro wyszła z nami z autobusu i będzie nam pomagać, mówi że zaraz nam pokaże który autobus zabierze nas na to miejsce. Tam jest kładka nad autostrada – pokazuje – a ja GŁUPI chciałem biec przez autostradę. Mam wrażenie że przeszliśmy już z 5 kilometrów. Do tego to gorąco. 

 

Dotarliśmy na ten przystanek.  Teraz czekamy na ten AUTOBUS, żeby nas zabrał z powrotem. Przyjechał tak zapełniony, że ledwo się zmieściłem do środka. Kierowca zamknął mi drzwi przed nosem. Mijamy po drodze nasz HOTEL.  Zastanawiam się po drodze czy nie odpuścić sobie tego targu rybnego, bo ta kobieta mówi że jedzie z nami. Opowiada o tym że jest grafikiem, pokazuje mi swoje dzieci, mówi o swoich problemach w życiu, zaczyna mówić coś o polityce Panamy i narzeka na sytuację gospodarczą. 

 

Mam wrażenie że LUDZIE  czasami wykorzystują moja otwartość. Oni potrafią gadać a ja słuchać. Wysiadamy. Okazuje się jednak że targ rybny jest już zamknięty. Musimy tu wrócić jutro. Siadam na trawie. Już mi wszystko jedno. Obserwuje kołyszące się  łódki na tle ogromnych wieżowców. Ta kobieta dalej jest z nami. Juz mnie to trochę wkurza. Wszędzie za nami łazi. Przestałem z nią gadać. Moja dziewczyna próbuje jej wyperswadować, że już może sobie iść – nie potrzebujemy cię już. Zaczyna więc nas straszyć. Wiecie jak tu jest niebezpiecznie ? Pokazuje na dzielnice china-town – nigdy tam nie idźcie – mówi. Hmm – tak jakby mnie tam zaprosiła. To co teraz robimy ?

DCIM100MEDIA
DCIM100MEDIA

8 myśli na temat “OŚWIADCZYNY W PANAMIE#2

      1. No taka jest Ameryka Południowa ale i tak warto, żeby chociażby zobaczyć że inni mają gorzej niż my w PL pomimo że teraz może się wydawać że mamy źle bo straciliśmy pracę, rzuciła nas dziewczyna i ogólnie jest do dupy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s