OŚWIADCZYNY W PANAMIE 8#

Gdy umyłem kajaki, swój tyłek i uzupełniłem zapasy wody w moim organizmie, wziąłem Gosię pod rękę – zabrałem ją na kolacje i choć wydaje się to banalne, cieszyliśmy się jak DZIECI. 

To smutne, że wkraczając w świat dorosłych tak wielu z nas zapomina o tym, jak dobrze jest czasem nie przejmować się problemami. Nie dlatego że mamy je gdzieś, ale dlatego, że przejmowanie się ich nie rozwiązuje. 

Dużo piwa – rzuciłem od razu przy wejściu do młodzieńca, który – jak mi się wydawało – ostatnio cały wieczór spędził z dzidą w ręku. Si senior – piwo, ryba, szum fal, zachód słońca, piękna kobieta – przecież ja jestem raju – mówię do Gosi – niczego więcej nie potrzebuje. Czy musimy gadać, tworzyć nowe problemy w swoich głowach, myśleć o tym, jak będzie po powrocie ? Ja, na razie nigdzie się nie wybieram. Tak naprawdę, zawsze jestem w tym samym miejscu.

Sztorm

Piotrek – Piotrek – budzi mnie Gosia ? Tak, kochanie – mrużę oczy ? Jest burza, nie mogę zasnąć. PRZYTULISZ mnie ? Oczywiście ! Burza jest ? Czekaj wezmę buty z dworu. Wyszedłem na chwilę na zewnątrz i co prawda zabrałem buty, ale mało brakowało a porwałoby mnie. Szybko schowałem się z powrotem do środka. BURZA jest ? – mówię – to jest sztorm – kochanie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. PALMY uderzały o ziemię. W powietrzu latały wszystkie śmieci, których mieszkańcy nie wyrzucili w miejsce składowania – jak w normalnym kraju. 

Myślisz, że zabrali świnie z tej plaży ? – pyta Gosia. Oboje patrzymy przez okno, zastanawiając się, czy przeżyjemy tę noc. Widziałem, jak sąsiadowi wiatr zerwał dach z garażu. To nic – mówi Gosia, przecież on był taki z blachy falistej. 

Myślisz, że jutro będzie go szukał po wiosce ? Przepraszam, widzieliście może mój dach ? Burze w Europie to nic, przy tym, co tam się dzieje. Wszystkie krzesła, które stały na ganku  porwał wiatr, a cały nasz budynek trząsł się jak gdyby chciał się oderwać i polecieć. Myślałem, że umrzemy. Nic z nas nie zostanie. Myślałem już nawet o tym, gdzie chciałbym być pochowany w razie w – mam ci powiedzieć ? – mówię do Gosi. Mnie ? – będę gdzieś leżała obok ciebie albo jeszcze dalej. Dzwoń do mamy – śmiejemy się sami z siebie. Nic nie zrobimy. Możemy tylko czekać, aż burza przejdzie. Może idziemy spać ?- pytam. Spać – chyba żartujesz – mówi Gosia – jeżeli to nasze ostatnie momenty życia to mam jeszcze jedno życzenie.

Porto Bello

Następnego poranka ubieram jeansowe spodenki, T-shirta i schodzę na dół do Gosi. Ona zajada się już ciastem z tej marakui. Mas Caffe – pyta mnie KOBIETA, która przygotowała dla nas śniadanie. Si seniora – odpowiadam. 

Dzisiaj mieliśmy w planach udać się do większego miasta. Idziemy na pieszo – rzucam do Gosi. Ty i twoje pomysły – słyszę w odpowiedzi. 

No fakt, mam głupie pomysły, ale kiedyś uratuje to nam życie – mówię do Gosi. Za pół godziny macie autobus – zbierajcie się – mówi Frank. Plecak na plecy, kamera, selfie stick, telefony, bańki mydlane, notes, zestaw prezerwatyw. Co ja jeszcze potrzebuje  ? – pytam Gosi. Mnie – odpowiadam. Ruszajmy. 

W Panamie nie musisz stać na przystanku, żeby złapać autobus. Wystarczy, że staniesz na ulicy i będziesz krzyczał, machał rękami – jakoś poinformujesz kierowcę, że na niego czekać. Tutaj jest różnie – mówił nam Frank – jest rozkład jazdy co prawda, ale czasami autobus z jakichś powodów i tak nie przyjedzie o tej wyznaczonej porzę, bądź w ogóle nie przyjedzie. Czekamy na autobus. Wiesz jak on będzie wygląda ? – pyta gosia. Tak jakby to byłby ktoś znany a ja miałbym go rozpoznać. Nie mam ZIELONEGO pojęcia. No to będzie taki stary szkolny autobus amerykański. Czy nie ? Nie wiem. 

W międzyczasie znów przypałętał się za nami ten piesek. Wszędzie za nami łazi, prawdopodobnie dlatego, że daliśmy mu jedzenie z tej restauracji. No i co mam zrobić ? –  pyta. Patrz na to – odwracam wzrok na dom przy drodzę – FRETKA – mówi Gosia. Cały czas gania w kółko, jak gdyby wiedziała, że jej dni są policzone. Myślisz, że oni jedzą tutaj takie rzeczy ? Może jedzą a może robią z nich futra. Tylko po co im futra jak mają cały rok gorąco ? Tak czy siak, ci ekolodzy nadawaliby się na to miejsce. Znaleźliby sobie zajęcie, a nie zawracają głowę normalnym ludziom w Europie, którzy mają po dziurki w nosie tej gadaniny o tym, jak zwierzęta cierpią itd. 

Pewnie że cierpią a widziałeś kiedyś uśmiechniętego CZŁOWIEKa na ulicy w EUROPIE ? Ludzie to dopiero jak cierpią i to sami sobie to cierpienie robią a kto się nimi zajmie ? 

Nikt ! Oni nawet nie wiedzą, że cierpią – mówi Gosia. Nie ważne. Tego problemu też nie rozwiążemy dzisiaj. 

Widzę autobus. Myślisz ? – pyta Gosia. Machamy rękami, facet zatrzymuje się i wystawia głowę za okno. Mówi coś do nas po hiszpańsku, ale nic nie rozumiemy. Porto Bello senior ? – pytamy. Znów coś gada niezrozumiałego. Ostatecznie jednak wsiadamy. Bilet nie kosztuje nas więcej niż kilka dolarów. To tylko kilka kilometrów – mówi Gosia – mówiłem, że mogliśmy iść na pieszo. Wyciągam bańki i rozdmuchuje w autobusie. Wszyscy się na mnie dziwnie patrzą. 

Czy ktoś jeszcze umie uśmiechać się bez powodu ? Tak po prostu ? – myśle. Dzieci – nie mają zahamowań – łapią bańki rękami – być może myślą że one są prawdziwe a może nic nie myśla. Nie ważne. 

Po kilkunastu minutach, kilkunastu pasażerach obok i setce baniek mydlanych JESTEŚMY na miejscu. Nic tutaj nie przypomina miasta w znaczeniu europejskim. Mało tego. Jedyną atrakcją turystyczną są ruiny – fortyfikacje z XVI wieku. Pozostałości z walk pomiędzy Hiszpanami i Brytyjczykami – niegdysiejszych kolonizatorach tych terenów. DZISIAJ ludzie mówią tutaj po hiszpańsku – to Hiszpanie więc ostatecznie wygrali tą walkę – wielokrotnie jednak tocząc bitwy. To ZABAWNE. 

Nad miastem wznosi się niewielka góra, na którą prowadzą schody. Przez chwilę wahamy się czy tam iść ale ostatecznie podejmujemy wyzwanie, bo na górze jest jakaś restauracja – tak było napisane na znaku. ŚMIESZNE to wydaje się w tym momencie ale niczego oprócz piachu i kamieni na górze nie było. Przynajmniej jest ładny widok – mówi Gosia. Tak, schodzimy na dół. 

Mamy jeszcze jedną misję na dzisiaj. Chcielibyśmy kupić butelkę a najlepiej dwie dobrego wina, bo w naszej wiosce nic takiego nie dostaniesz. Przeszliśmy dwa razy całe miasto wzdłuż i wszerz. Przez chwilę nawet zwątpiliśmy czy to na pewno to miasto. Tyle tu miałoby rzeczy. Oprócz kościołów, kilku papug w klatce i małp nic jednak takiego szczególnego nie znaleźliśmy. Te ruiny  – choć to dziwnie brzmi – były największa atrakcja turystyczną. 

Wchodzimy do sklepu. Yes – znalazłem – zupkę chińską – nie będę musiał chodzić głodny wieczorem. Chodź zobaczysz owoce – mówi Gosia. To dziwne. W Europie w każdym supermarkecie są owoce, a w kraju z którego potencjalnie mogłyby pochodzić – nie. To znaczy są – mówi Gosia – ale wszystkie spleśniałe. No może poza jabłkami, które właściciel trzyma w lodówce. Trzymam więc w ręce zupkę chińską, jabłka, dwa napoje gazowane i piwo. Coś jeszcze ? Wino – mówi Gosia. Mówiłem wam, że w tym sklepie jest ze sto stopni ? Wino, białe ? W takim miejscu ? Równie dobrze mógłbyś nasikać do tej butelki i położyć ją na półce – mówię. Ostatecznie jednak bierzemy dwie butelki i idziemy do kasy. Ty płacisz – mówi Gosia – żartujesz ? Sięgam do kieszeni i wyciągam piasek. Czyżbym zgubił – mówię – jak to możliwe ? 

Pamiętasz tego czarnoskórego człowieka, co oferował nam przejażdżkę statkiem ? To on ! Na pewno – mówię. Nie mam. Przeszukujemy nasze portfele, plecaki – pokazuje żółtej sprzedawczyni bańki – Nic nie mamy. Miałeś 50 dolarów – pyta Gosia. Tak i wszystko zgubiłem. To, jak my wrócimy do domu ? 

Powrót do Puerto Lindo 

Siadam na przystanku autobusowym i OBSERWUJE jak mrówki noszą przeróżne rzeczy. Jeden z chłopców na przystanku zaczął je deptać. WYRWAŁ mnie tym ze SNU. 

MYŚLISZ, że nam pozwolą – pytam. Zostały nam dwa dolary. Może trzy – mówi Gosia. Nawet nie wiemy nawet, ile to nas kosztowało w tamtą stronę. Za dużo mamy pieniędzy – mówię. Gdybyśmy mieli mniej, lepiej byśmy nimi zarządzali. Przecież to ty zgubiłeś – zaczynamy się kłócić. Dzieci uciekły z przystanku i poszły na ten naprzeciwko. MYŚLISZ że przyjedzie ? Myślisz, że ten facet mi ukradł te pieniądze ? Co to za różnica. Przyjeżdża jakiś autobus, ale facet pokazuje ręką że on – tak zrozumiałem – zostaje w tym mieście. 

Nic nie rozumiem. Może idziemy na pieszo ? Ty masz głupie pomysły ! Dobra to łapie stopa – mówię na głos i idę na drugą stronę ulicy. Trwało to może trzydzieści sekund, zatrzymał się jakiś facet furgonetką wypełnioną farbami. Puerto Lindo ? – pytam. Si senior – choć nie jestem pewny czy to powiedział, wołam Gosie. Chodź – Wsiadamy do środka –  No widzisz –  mówiłem, że poznamy kogoś znanego – patrz malarz. Moje głupie pomysły, nie zawsze są takie głupie. Ach, wzdycha Gosia – zawsze coś wykombinujesz. 

Ten dzień 

Gdy się OBUDZIŁEM – momentalnie zacząłem szukać tego PIERŚCIONKA w moim plecaku. Na kilka dni o nim zapomniałem. Nawet nie wiem teraz, gdzie jest. Jak zgubie – to nawet nikt nie będzie na mnie ZŁY – patrzę podejrzliwie na Gosie i grzebie w szufladzie, w której jest nasza bielizna. Co ty robisz – pyta Gosia. Nie, nic. 

Znalazłem. Cały czas w czarnej skarpecie, skórzanym portfelu, leży na dnie CZERWONE PUDEŁKO. Dzisiaj idziemy na kajaki. Mieliśmy plan, żeby jeszcze raz, tym razem kajakami,  popłynąć na tę niebiańską plaże, którą znaleźliśmy przypadkiem. Kaski na głowach ? – pyta podśmiechując się – retorycznie Frank. Ruszamy. Trasa jest bardzo podobna. Płyniemy przez kanał, mijamy małpy, kraby chodzące po drzewach i mały port. Następuje mała konsternacja. Chwila odpoczynku. 

Dzisiaj FALE są wyjątkowo duże. Zapinam ten plecak wodoszczelny na kajaku. Masz zapięte pasy – mówię do Gosi – podśmiechuje się – próbuje nas zmotywować. 

Skończymy w wodzie – wiesz ? W najlepszym przypadku wskoczymy jeszcze raz na kajaki i popłyniemy dalej. W najgorszym utoniemy. Fale są naprawdę duże – mówi Gosia – chcę mieć to już z głowy. Wiosłuje z całych sił, fale unoszą mnie wysoko nad ziemię. Byłem pewny, że skończę w wodzie. Szczerze ? Chciałem już skakać do wody, żeby uniknąć SZOKu i tego uderzenia fali. Nie wiem ile metrów nad ziemią byłem. Gdybym wam powiedział ile mi się wydawało i tak byście mi nie uwierzyli. 

Miałem wrażenie, że byłem nad wszystkimi palmami na bezludnej wyspie w oddali, a wcześniej nawet nie wiedziałem że na jej tyłach jest jakiś opuszczony budynek. Byłem przerażony.

Wracaaaaaaamyyyyyyyyy – krzyczy Gosia – w ostatnim momencie. Nie chciałem wyjść na tchórza – i mówić to pierwszy. Teraz wiosłuje w drugą stronę, ale to nie działa tak szybko. Patrzę się na plecak z tyłu i myśle o tym pierścionku. Ledwo się wydostaliśmy. Ledwo uniknęliśmy śmierci – mówi Gosia. 

Rzeczywiście tak nam się wydawało. Mało brakowało. Dobrze że zdecydowaliśmy się wrócić – Gosia podjęła decyzje w ostatnim momencie. Mogło to się skończyć bardzo źle. Oddychaj głęboko – mówię na głos do siebie – wiosłuj. Co ? – pyta Gosia. Nasze ciała wyglądają jak kraby  – mówię do Gosi – próbuje rozluźnić atmosferę. To znaczy mają taki sam kolor – dodaje – nie, że chcą nas zjeść ? Co ? Nie ważne. 

Dryfujemy na płyciznach obok tych statków. Te kremy w Europie to można sobie nad bałtyk zabierać. Tutaj nic nie pomaga. Cały czas jest gorąco, bez względu na to, czy jest słońce czy nie ma.  

Uspokajamy się na płyciznach. To nie jest łatwe. Nawet nie można wiosłować – tak jest płytko – musimy ciągnąć za sobą kajak – czekaj – mówię do Gosi. Co robimy ? Musimy zmienić plan, rajska plaża nie wchodzi w grę. Musimy chwilę odpocząć. Osiadamy na skałach. 

To jest ten moment 

Płytkie wody mają to do siebie, że są na nich skały i rafa. Nic przyjemnego po tym chodzić. Możesz się na coś nadziać, postawić nie tak nogę, wlecieć w jakąś szczelinę, dotknąć jakiegoś stwora, który tylko pozornie wygląda jak skała itd. Wszystko jest albo śliskie, albo ostre jak nóż.

TERAZ albo NIGDY – myślę. Tylko jak to zrobić ? Klęknąć na środku morza ? Dookoła wyspy, skały, w oddali statki – wszystkie ryby się na mnie patrzą – znów mam dziwne MYŚLI. Tak – to jest ten moment – podejmuję DECYZJE. Najlepsze miejsce na świecie – środek morza karaibskiego – jestem tego pewny – teraz albo nigdy. Wyciągam butelkę wody z plecaka i daje Gosi – masz napij się kochanie. 

Czy wy kobiety myślicie, że to takie łatwe ? Wyciągnąć na środku morzą pierścionek zaręczynowy z diamentami ze skarpety, tak, żeby ona nie zorientowała się co robie, aż do momentu gdy, powiem te trzy słowa ? Patrz Gosia – tam jaki dziwny ptak – rzucam do niej na oślep a w środku tej torby szukam pierścionka. 

Gdzie – pyta – no tam – pokazuje w drugą stronę palcem. To dziwne, że się udało. Dobrze – patrzyła się jak wryta gdzieś w morze, a ja miałem czas. Gdy już trzymałem w ręku to czerwone pudełeczko – ona wciąż patrzyła się w morze. Idealnie. Teraz się stresuje. Co jak mi wpadnie między skały ?  

Ukląkłem. Poczekałem chwilę i wyskoczyłem z tekstem – patrz jaki dziwny kamień w wodzie. 

Gdzie – powiedziała. No tutaj w wodzie – patrz – trzymam pudełeczko w wodzie. Znów zdziwiłem się, że tak łatwo mi wierzy. Podchodzi powoli do mnie – trochę nieufnie a ja obok tego dziwnego żółtego kamienia otwieram pudełeczko i naszym oczom ukazuje się PIERŚCIONEK z 64 diamentami. 

Wyjdziesz za mnie  ? – pytam. Ona zamarła. Nic nie mówi, bo 

nie widzi ? Nie wierzy ? Czy nie zrozumiała ? Potrafi trzymać mnie w napięciu.

Wyjdziesz za mnie ? – powtarzam.

 – TAK – ODPOWIEDZIAŁA.   

3 myśli na temat “OŚWIADCZYNY W PANAMIE 8#

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s