Winda nie działa, nie można palić papierosów w pokoju i nie mogę połączyć się z Internetem. Czy ty potrafisz CIESZYĆ SIĘ życiem tak po prostu ? – pyta Gosia. Nie wiem. Idziemy na basen. Znasz to uczucie, kiedy zabłądzisz ? Konsternacja ? Chwila zwątpienia ? Jestem na dachu tego wieżowca, patrzę na zdjęcie w telefonie i przecieram oczy, przecież tutaj miał być basen. Czyżby ? – pyta Gosia. 

Już mi wszystko jedno, wolałbym walnąć baranka i modlić się pod ścianą płaczu o ziemię obiecaną. Przynajmniej byłaby szansa na to, że przyjdzie Mohament i nas wybawi. Tutaj nie widzę cienia szansy na poprawę sytuacji, ale wciąż walczę. Wracamy do pokoju, kładziemy się do łóżka, odprawiamy nauki przedmałżeńskie i staramy się o nowego członka naszej rodziny. To nic że z sufitu kapie woda na ziemię, klimatyzacja wydaje się głośniejsza niż stary silnik diesla a hotelowa pokojówka wchodzi do pokoju właśnie w tym momencie, w którym DOCHODZĘ. Potrafię się przecież – cieszyć się życiem tak po prostu. 

Ostatnie podejście

Dużo baniek mydlanych do plecaka i ruszamy na górę. W ten ostatni dzień zróbmy coś jak miejscowi – mówię do Gosi. Wtopmy się w tłum ? – pyta. Tego już nie musimy robić – to już mamy zaliczone. Wyrzuciłem tenisówki do kosza na śmieci, bo miałem na podeszwach przyklejony asfalt. Ciekawe czemu ? Nie ważne. 

Gdy dojechaliśmy taksówką pod górę, na której szczycie jest ogromna flaga Panamy, wciąż nie byliśmy pewni czy nie powinniśmy okrążyć dookoła tej góry, żeby znaleźć właściwą ścieżkę, prowadzącą na szczyt. Pytamy więc miejscowych – No senior – Nie wiem – Nigdy nie byłem na tej górze. Tak jak miejscowi  ? – mówi Gosia – Acha –  powinniśmy więc zapomnieć o podróżowaniu, odkrywaniu i uczeniu się nowych rzeczy. Idziemy w związku z tym dalej sami.

W drodzę na szczyt

Kupiliśmy kartki pocztowe, więc wypełniam je siedząc przy basenie. Niedługo zamienisz się w morsa – mówię do Gosi – tak długo siedzisz w tej wodzie. Okazało się, że basen jest po prostu piętro niżej. Niepotrzebnie się tak denerwowaliśmy. Chcieliśmy zmoczyć się tuż przed wyjściem na miasto w nadziei, że już więcej nie będziemy musieli się pocić.  

W Panama City sygnalizacja świetlna dla pieszych jest jak w Polsce autostrady – każdy by chciał, żeby było ich dużo ale dziwnie zawsze wychodzi jakoś inaczej. W związku z tym każde przejście przez kilkupasmową jezdnie jest wyzwaniem. 

Nie tylko dla nas. Samochody tutaj – wierzcie mi lub nie – nie znają przepisów Unii Europejskiej o tym że trzeba jeździć 50 KM na godzinę. Jedną z  form komunikacji pomiędzy pieszymi i kierowcami jest więc klakson. Problem jednak polega na tym że ja nie mówię akurat w tym języku – strasznie mnie to denerwuje. 

Jedziemy taksówką ? – pyta Gosia. Zwariowałaś ? My jesteśmy jak miejscowi. Szkoda, że miejscowi nie mówią w naszym języku – mówi Gosia – gdy kupujemy mrożoną kawę. Cały ten świat finansów tego miasta, inteligentów, drogich zegarków, wykształciuchów i polityków jest chyba gdzieś schowany pod ziemią bo na szczytach budynków już byliśmy i tam też nikogo kto mówił po angielsku, nie spotkałem.

Dzisiaj nasz ostatni dzień w Panama City. Zdobędziemy jeszcze tylko szczyt tej góry nieopodal i możemy wracać do kraju. To dziwne. Nawet najmniejsze z pozoru rzeczy w tym kraju wydają się szczytem możliwości. Pytałem się we wszystkich językach – z hiszpańskim włącznie – gdzie jest poczta – i nikt nie wiedział. 

Kobieta na recepcji w hotelu też nie wiedziała, więc sobie odpuściliśmy wysyłanie kartek pocztowych. Doszliśmy zresztą do wniosku, że to przestarzała forma, której dzisiaj nikt nie używa. Liczy się przecież pamięć o kimś – mówi Gosia – ja wysłałam do mamy sms – WSZYSTKO U NAS OK  – POZDRAWIAMY Z PANAMY.